Chciałbym takie czasy zobaczyć raz jeszcze

Wyobraźcie sobie, że spacerujecie z wybranką serca w noc sylwestrową w Szczecinie. Po starym mieście. Ludzie świętują, w kawiarniach masa ludzi. Słychać głośne 10... 9... 8... 7... a po chwili mija Was zegarmistrz światła i rozpala zabytkową latarnię gazową. Piękna wizja, prawda?

Metafizycznie mogę nawiązać we wstępniaku do kultowego utworu „Zegarmistrz Światła” Tadeusza Woźniaka. Historia ta jest również o przemijaniu – ludzi, których tu „wskrzeszę” na chwilę już dawno nie ma. Również dawno nie ma świata, który widzimy na załączonej prasowej fotografii. Po ludzi tu opisywanych już dawno przyszedł zegarmistrz światła purpurowy. Zgasły już podłogi. Poszli już nie wiemy gdzie, na zawsze. W przedwojennym Stettinie, mimo że świat zbliżał się do największego konfliktu w dziejach – II Wojny Światowej – wciąż pracowali latarnicy. Drogi oświetlały już latarnie elektryczne, niektóre z nich potajemnie istniejące do dziś. Odrobinę tych przedwojennych słupów oświetleniowych mijamy w dzisiejszym Szczecinie nawet o tym nie wiedząc. Arcyciekawy artykuł popełniła przedwojenna prasa w 1939 roku, na krótko przed wybuchem II Wojny Światowej, a ja postanowiłem go lekko przetłumaczyć. Tych ludzi – przedwojennych latarników śmiało mogliśmy nazwać filozoficznie „zegarmistrzami światła”. Mimo rozwoju techniki i automatyzacji oświetlenia oni wciąż jeszcze byli i „majstrowali” przy świetle, pewnego dnia… Gasnąc na zawsze. Piosenkę Tadeusza Woźniaka poznał mocniej świat za pomocą genialnej polskiej gry komputerowej „This War of Mine„, do której wzruszającej prezentacji realiów wojen (ogółem, wszystkich) podłożono właśnie ten utwór. Zdaniem wielu, nawet nauczycieli gra „This War of Mine” powinna stać się nowoczesnym podręcznikiem i „lekturą” w szkołach. Latarnicy szczecińscy raczej nie spodziewali się, że za kilka lat zapalą je po raz ostatni. Warto zaznaczyć, że w Szczecinie jest jeszcze jeden latarnik… O nim na końcu.

 

Dawna prasa dość uroczo nazwała podpis pod załączonymi zdjęciami – stary romans w Stettinie, latarnik przy pracy. Dziś ciężko wyobrazić sobie pana na drabince, który wchodzi na nią i coś naprawia w starej latarni, z kapeluszem na głowie i w starodawnym płaszczu. Myślę, że gdyby w Szczecinie wskrzeszono taki zawód – może jakiegoś przewodnika zmieszanego z latarnikiem, który chodzi jesiennym i zimowym popołudniem, złożyłbym CVkę o taką pracę. Niestety, po mnie zegarmistrz światła przyjdzie dość szybko. We Wrocławiu jest taki pan, latarnik z zawodu i powołania – codziennie chodzi około 4 kilometrów po Ostrowie Tumskim i zapala latarnie gazowe, nazywa się Robert Molendo. Serdecznie pozdrawiamy z grodu Gryfa! Wbrew pozorom zadania dawnych szczecińskich latarników nie zaczynały się o zmierzchu i brzasku – w ciągu dnia konserwowali lampy i sprawdzali ich działanie.

Według artykułu dawnej szczecińskiej prasy w mieście wciąż było ponad 3000 lamp gazowych, z których 900 działało na zasadzie zdalnej aktywacji – zapalały się automatycznie mając systemy odcinania i zapalania. Przy systemie lamp gazowych w 1939 roku pracowało wciąż 49 latarników. Prasa wspominała, że w ciągu następnych lat wiele z nich zostanie wymienionych, zniknie z krajobrazu miasta lub będą działać automatycznie, ale wciąż zawód latarnika będzie niezbędny do konserwacji i napraw. Redaktor gazety sprzed ponad 80 lat spotkał się z szczecińskim latarnikiem na rogu dawnych Barnimstraße i Hohenzollernstraße, czyli dzisiejszej Piastów Krzywoustego. Z krótkiego wywiadu wiemy, że lampy w tym regionie musiały być zapalane do godziny 16:00 – tutaj mowa o styczniu, gdy wywiad był udzielany dawnemu reporterowi. Latarnik miał w opisywanym obszarze 75 lamp. Świeciły się do godziny 7:45. Warto zauważyć, że mówimy „do godziny” – czyli latarnik musiał rozpocząć ich zapalanie wcześniej. 

Przedwojenny latarnik w Szczecinie musiał mieć niezłą kondycję. Każdego dnia, gdy był w pracy przechodził średnio ponad 20 kilometrów. Dlaczego aż tyle, skoro przejście odcinka między 75 lampami powinno być dużo krótsze? Okazuje się, że oświetlenie gazowe miało dwa tryby – pierwszy to zapalenie wszystkich lamp, następnie po 23:00 latarnik przełączał część z nich w „tryb nocny”, wyłączając większość. Następnie przechodził trasę raz jeszcze po 7:45 (w styczniu) gasząc pozostałe. Według latarnika, z którym przeprowadzono wywiad najgorszym okres w jego pracy przypadł na zimę 1929 roku, gdy swój dyżur miał na dawnej Falkenwalderstraße, dzisiejszej Wojska Polskiego. Mróz był tak silny, że zamarzły rury, gaz też nie dochodził, a on nie wychodził z budynku oddziału. Z opowieści dowiadujemy się jeszcze jedną ciekawą sprawę – człowiekiem, który w mieście opracował latarnie zapalane i gaszone automatycznie był właśnie jeden z szczecińskich latarników. Wcześniej system opierał się na zapłonie poprzez małą lampką naftową.

Dawny redaktor zadał również ciekawe pytanie:

Czy byłeś latarnikiem również przed wojną?

Tak, (kiwa głową), jestem nim od 1903 roku, pracuję dokładnie 36 lat, w wieku 61 lat mam za sobą 40 lat stałej pracy. To sprawia, że jestem najstarszym latarnikiem.

Rozmówcy zaczęli zbliżać się do wzgórza przy dawnym Bahnhof Torney, czyli dzisiejszej górki przed Dworcem Turzyn, na przy końcówce Krzywoustego i 26 Kwietnia. Wtedy wywiad potoczył się na wspomnienia szczecińskiego latarnika-weterana. Starszy pan zapalający latarnie był w trakcie I Wojny Światowej rzemieślnikiem wojskowym. Latarnie w mieście obsługiwały wówczas kobiety. Ciekawostką jest informacja, że krótko po wojnie miasto oświetlały tylko lampy awaryjne. Opowieść starszego mężczyzny była dla redaktora jak powrót w przeszłość, gdy wspominał, że na dawnej Mackensenstraße (Bohaterów Warszawy) paliły się wtedy tylko dwie-trzy latarnie. Tutaj warto zaznaczyć, że latarnik wspomina czasy chwilę po I Wojnie Światowej, gdy sporej części południowej zabudowy jeszcze nie było.

Poza typowym obchodem opartym o zapalanie, gaszenie lamp dziennych i następnie wszystkich w ciągu dnia latarnicy zajmują się jeszcze czyszczeniem samych lamp – ta praca była przewidywana na trzy godziny. Latem, w czerwcu lampy musiały palić się od 21:15 do 2:15. Oznaczało to, że latarnik praktycznie nie spał całą noc. Ale w zamian, co trzynasty dzień otrzymywał płatny dzień wolny. Rozmówcy dotarli w końcu na dawną Schinkelstraße, gdzie obchód naszego latarnika miał swój koniec. Dzisiaj to ulica Pułaskiego. Stary latarnik zaznaczył, że jeszcze długo nie będzie w stanie jeździć rowerem. Zażartował, że jego młodsi koledzy z pracy to prawdziwi rowerowi artyści – ci według latarnika zapalali latarnie nie schodząc nawet z roweru!

Wywiad z dawnym latarnikiem był bardzo nietypowy – „popełniony” w… Sylwestra. Starszy mężczyzna, według jego słów najstarszy latarnik w mieście przyznał, że w tę noc wykona dwa obchody oficjalne, a jeden nieoficjalny, o północy, bo wtedy dużo się dzieje, a oświetlenie ulic musi być sprawne! 🙂
A kiedy przyjdzie także po mnie… Zegarmistrz światła… 

Poprawka?

Kliknij i daj znać!

Możesz znaleźć ten post na naszej grupie Facebook „Szczecin Znany i Historycznyklikając na ikonkę po prawej stronie. Prócz tego postu znajdziesz tam wiele innych, które nie są publikowane na naszej stronie. Masz coś ciekawego w temacie historii Szczecina? Nasza grupa to właśnie miejsce dla kogoś takiego jak Ty!

Post na FB

Skomentuj na Facebooku!

Dodaj komentarz

Historyczny Szczecin